Kanały:
Wpisy
Komentarze

Otchłań filozofów

„Ktoś powie to senne marzenie
Nie ma nic prawdziwszego od snu
Więc w obecność swą otuleni
Wspólnie wyśnijmy go tu”

Jacek Kaczmarski – Pieśń o śnie

Świat może się wydawać momentami z lekka przerażający. A właściwie to poszczególne światki, które ludzie sobie budują. We własnych głowach i sercach. Mimo teoretycznego poczucia jasności, we wszystkim co robią nie dają tego odczuć. Widzą siebie jako doskonałych filozofów – emocjonalnych i rozumnych. Tylko gdy przychodzi do życia, do odejścia od teoretycznych autopromocyjnych rozważań, na rzecz działania okazuje się, że empatia, rozum, jakaś głębsza duchowość, to wszystko gdzieś tam się jednak zagubiło. Obserwator może odnieść wrażenie, że ciało i umysł opanowały jakieś demony złowieszcze – psy kąsające w stopy, ptaki na ramionach i nietoperze wokół. I nie wiadomo co jest prawdziwe, to co mówi, to co robi i kim w ogóle jest ta osoba. Jak na obrazach Francisca Goi.

I tak wchodzimy w nowe dziesięciolecie w konformistyczny świat nonkonformistów, gdzie nawet wolność i niezależność stała się towarem handlowym, a tomiki wywrotowych poetów, wariatów, bluźnierców i wolnościowców można kupić w większości supermarketów w czasie cotygodniowych zakupów. Ta złudność, ta obłuda ma jakieś odbicie w niektórych ludziach. Takich, którzy chcą być uznawani jako bardziej emocjonalni, bardziej rozwinięci i bardziej nieskalani niż w rzeczywistości są. Czy starają się zyskać to uznanie u innych czy nawet u siebie samego. Co drugi to Bodhisattwa.

Nie staram się patrzeć na to z wysokości, jak siwy mędrzec co to chce pokazać łaskawie ludziom jacy są głupi. A skąd, każdy ma swoje demony które drażnią w serce. Tylko jedyne czego naprawdę nie lubię to takie tresowane myśli, takie poczucie bycia innym i lepszym niż się jest naprawdę. Bo co innego jest dążyć do jakiejś własnej doskonałości, a co innego ją udawać. Przy tym drugim można się na takim człowieku bardzo rozczarować.

Każdy jest czasami zagubiony, nie czuje jasności, jakiejś drogi, celu, tylko się błąka bezmyślnie. Tylko że przy takim błąkaniu udawanie, że ma się przed sobą ścieżkę i pójście z podniesioną głową prosto w gąszcz, to zły pomysł. Bo takich podróżników to widujemy wszędzie i zwykle to nic dobrego nie przynosi. Ale mimo to moim zdaniem nie warto tracić zaufania do idei człowieczeństwa jako takiej. Po prostu nie warto.



There’s something happening here
What it is ain’t exactly clear
There’s a man with a gun over there
Telling me I got to beware

I think it’s time we stop, children, what’s that sound
Everybody look what’s going down

There’s battle lines being drawn
Nobody’s right if everybody’s wrong
Young people speaking their minds
Getting so much resistance from behind

I think it’s time we stop, hey, what’s that sound
Everybody look what’s going down

What a field-day for the heat
A thousand people in the street
Singing songs and carrying signs
Mostly say, hooray for our side

It’s time we stop, hey, what’s that sound
Everybody look what’s going down

Paranoia strikes deep
Into your life it will creep
It starts when you’re always afraid
You step out of line, the man come and take you away

We better stop, hey, what’s that sound
Everybody look what’s going down
Stop, hey, what’s that sound
Everybody look what’s going down

Stop, now, what’s that sound
Everybody look what’s going down
Stop, children, what’s that sound
Everybody look what’s going down

Niebo ma tej nocy kolor wybitnie warszawski.

Za oknem mam ładną rdzawoczerwoną łunę. Przy głębszym wsłuchaniu się w przestrzeń słychać miarowy stukot towarowych pociągów na starej stacji niedaleko stąd, a jak dobrze wykręcić głowę to widać ogromne chmury dymu produkowane przez niemniej starą ciepłownie. Dzięki niej jeszcze nie zamarzłem i mam siłę napić się jeszcze herbaty. Bardziej mechanicznie już być nie mogło. Czuje się pokryty, zadymiony wręcz socrealizmem spod znaku Aleksandra Kobzdeja. Otoczony przez cudaczną maszynerie i betonowych tytanów czuję się drobniutki. Taki Pan Maluśkiewicz do kwadratu.

Z tego wszystkiego może ja też w końcu się wnerwie, odczepie sobie rączki i nóżki i pożyczę trochę tego mechanicznego ustrojstwa. Wcisne jakieś pompy i wysięgniki zamiast rąk, zamontuje jakiś piecyk koło serca, dobrą solidną przekładnie mechaniczną zamiast nogi, rure wydechową na plecach i komin zamiast łba. Będę dymił spalinami i zostanę uznany za ósmy cud metalurgii stosowanej. Wstawią mnie za to do gabloty i każą podziwiać. Pierwszy człowiek, który zewnętrznie przystosował się do zdehumanizowanego świata. Bo takich co to zrobili wewnętrznie mamy aż za wielu.

„Posłuchaj – serce tyka jak czas
Już blisko dzień i wschód
Co znaczy wschód – wie każdy z nas
Codziennie wschodzi trup”

Piosenka na dziś



Im wyżej małpa wspina się,
Tym lepiej widać jej ogon.
Nigdy nie mów, że ktoś szczęśliwy jest
Póki żyje, bo życie mści się srogo.

Bóg ma Kościół, a diabeł ma kaplice -
To trujące grzyby, które rosną wokół pnia.
Całe dobro świata można schować pod spódnicę
I wciąż jeszcze się zmieścimy tam i ty, i ja.

Jedno, co powiedzieć można o człowieku:
On kocha w sobie wielbić zło.
Boga utopiłby w cuchnącym ścieku,
Lecz Bóg powróci, aby zniszczyć go.

Rozpacz płynie rzeką przez świat!
Rozpacz płynie rzeką przez świat!
Rozpacz płynie rzeką przez świat!

Zawinił ptak, że nieba brak!
Zawinił but, że wokół chłód!
Zawinił nóż, że ciemno już!
Zawinił dzwon, że nadszedł zgon!

Rozpacz płynie rzeką przez świat!
Rozpacz płynie rzeką przez świat!

Wszyscy winni są!
Wszyscy winni są!

Rozpacz płynie rzeką przez świat!
Rozpacz płynie rzeką przez świat!

Wszyscy winni są!
Wszyscy winni są!

Rozpacz płynie rzeką przez świat!
Rozpacz płynie rzeką przez świat!

Wigilia Syberjady

Świat zamarzł.

***

Warszawa przypomina tę z „Lodu” Jacka Dukaja. Wszędzie jest biało, prawie się nie da oddychać i mnóstwo Lutych, jak znam życie, krąży po niebie. Spokojnie krążę sobie po mieście, oddycham przez dwie warstwy wełny, trę o siebie ręce, rozkoszując się chociaż momentami ciepła. W około nikogo, ludzie albo pozdychali, albo budują sobie schrony do zachowania resztek ciepła.  Szczeniak spłoszył gołębie, był wśród nich anioł stróż.

***
- Wszystko w porządku?
- Tak.
- Na pewno?
- Tak.
-…
- Serio, zajebiście.
- Aha, ok. Jakby co to wiesz.
- Tak.

***

Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego papierosy są zimne. Przecież to cholerstwo się pali i trzyma się blisko twarzy. Dlaczego będąc tak blisko czegoś ciepłego wciąż jest mi zimno. Powinno mnie przynajmniej trochę ogrzać w twarz. Głupie pytanie. Wszędzie śmichy chichy ogienki rozpałki. Wtulam się mocniej w sweter. Zimno.

***

- Ale mogę coś dla ciebie zrobić?
- Daj mi spokój.
- Musisz być taki kurwa niemiły?
- Przepraszam.
- Ok.

***

Najgorszy jest ten moment, kiedy człowiekowi jest już tak zimno, że zamarza od środka. Nawet jak siedzi już w cieple, wokół ma dwa wielkie ogniska, to wstrząsają nim dreszcze, bo sam już ma w sobie Lutego. A Luty to cwana bestia, wejdzie w klatkę piersiową i będzie się tarzał, gryzł, kopał i szarpał. I człowiek marznie, bo lód od środka topi się powoli. Takie życie, niczyja wina. Kiedyś nawet wrzątek był lepszy.

***

- Nic się nie stało?
- Nic się nie stało
- Uff, a już się bałem
- Ja też.

- Kłamałeś prawda?
- Tak.
- Uff, a już się bałem.
- Ja też.

***

Chcę wiosnę. Mam ochotę na roztopy, na rozkwit, na smak, zapach i odczuwanie. Chce ożywienia, odtopienia, ulepszenia i ukolorowienia. Bo teraz wszystko jest jak dla mnie za zimne. Nie daje rady.

***
„Bruk to kruchy strop
asfalt pęka też
już korzenie drzew się przedzierają tam.
Wkrótce runie świat
w otchłań szczurzych jam.
W underground!”

***

Idę sobie budować schron.

Studniówka

Z okazji studniówki prezentuje piosenkę mojego znajomego ze wspólnego tournee po Australii, wybitnego multiinstrumentalisty, The Dżewa.

Najgorsze są szare dni.

Takie dni, które zamykają człowieka w przezroczystej klatce, gdzie nie ma żadnych większych wzniesień, gdzie nie ma smaku, czy dotyku. Ich pospolitość, rozlazłość i absolutna nieciekawość najbardziej niszczy. Kiedy dzieje się coś złego, człowiek lata, biega, eksploduje od środka milion razy na sekundę. Żyje jak tylko się da, emocje pulsują swoją rzeczywistością. Zmysły są wyostrzone, serce bije, wszystko jest tak bardzo istniejące.

W szarych dniach tego nie ma. Jest tylko rozlazłość, jakby ktoś posmarował podłogę klejem, nicniewartość i nicnieżywotność. W takich chwilach człowiek się włóczy, napije się herbaty, może zapali papierosa, coś przeczyta, albo włączy jakąś muzykę. Muzykę, która normalnie porusza każdą strunę w duszy, a w takich chwilach unosi się gdzieś tam w powietrzu. Nie dociera. Zwykła nudna samsara aż do obrzydzenia.

Terry Pratchett kiedyś w swoich książkach o Johnym Maxwellu pisał, że zła nienależy szukać w alkoholu czy w heavy metalu, ale we wszystkim co jest szare, nudne i pospolite do granic. Co przez swoją nicość może nas wchłonąć i zamienić w tę samą mizerną papkę. Zniszczyć wszystko, co ważne.

Łatwo się temu dać. Zamknąć w sobie wszystkie negatywne, emocje, przeżycia, upchnąć je jak najgłębiej tak, żeby prawie nie czuć i istnieć powoli, spokojnie, absolutnie bez żadnego sensu, zdychając wewnętrznie. Zmieniajmy coś, starajmy się z całych sił, niszczmy te szarość. Inaczej po nas.

Jefferson Airplane – Somebody to love

Czas na zmiany

Tak, zaczynam coś nowego.

Po miesiącach i miesiącach nicniepisania wracam tutaj. Na nowo, na świeżo, od początku. Na starych śmieciach już mi było niewygodnie, za ciasno.  Lepiej wziąć łyk świeżego powietrza i nie dźwigać bagażu rzeczy bardzo starych i uwierających. Tak czy siak zapraszam.

Miłego czytania :)

Robert Szymczak

A to tak na dobry początek:

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.