Najgorsze są szare dni.
Takie dni, które zamykają człowieka w przezroczystej klatce, gdzie nie ma żadnych większych wzniesień, gdzie nie ma smaku, czy dotyku. Ich pospolitość, rozlazłość i absolutna nieciekawość najbardziej niszczy. Kiedy dzieje się coś złego, człowiek lata, biega, eksploduje od środka milion razy na sekundę. Żyje jak tylko się da, emocje pulsują swoją rzeczywistością. Zmysły są wyostrzone, serce bije, wszystko jest tak bardzo istniejące.
W szarych dniach tego nie ma. Jest tylko rozlazłość, jakby ktoś posmarował podłogę klejem, nicniewartość i nicnieżywotność. W takich chwilach człowiek się włóczy, napije się herbaty, może zapali papierosa, coś przeczyta, albo włączy jakąś muzykę. Muzykę, która normalnie porusza każdą strunę w duszy, a w takich chwilach unosi się gdzieś tam w powietrzu. Nie dociera. Zwykła nudna samsara aż do obrzydzenia.
Terry Pratchett kiedyś w swoich książkach o Johnym Maxwellu pisał, że zła nienależy szukać w alkoholu czy w heavy metalu, ale we wszystkim co jest szare, nudne i pospolite do granic. Co przez swoją nicość może nas wchłonąć i zamienić w tę samą mizerną papkę. Zniszczyć wszystko, co ważne.
Łatwo się temu dać. Zamknąć w sobie wszystkie negatywne, emocje, przeżycia, upchnąć je jak najgłębiej tak, żeby prawie nie czuć i istnieć powoli, spokojnie, absolutnie bez żadnego sensu, zdychając wewnętrznie. Zmieniajmy coś, starajmy się z całych sił, niszczmy te szarość. Inaczej po nas.
Jefferson Airplane – Somebody to love
Podpisuję się pod wnioskami.
Jak to orzekła kiedyś Mag: najgorzej, gdy ci w s z y s t k o j e d n o!